Relacja:
Czwartek wieczór. Przechodziłem akurat koło katedry św. Floriana na warszawskiej Pradze, kiedy moje oczy przykuły małe światełka migające na chodniku.
- Czyżby światła pozycyjne dla helikoptera? - pomyślałem. Postanowiłem podejść bliżej i zorientowałem się, że rozstawione co kilka metrów jasne punkciki to małe świeczki-podgrzewacze. Podążając za nimi jak za kamyczkami rzucanymi przez nieznanego Jasia i Małgosię, dotarłem do dużej sali konferencyjnej, w budynku znajdującym się na tyłach katedry. Tam grupka młodych ludzi, elegancko ubranych. Niektórzy pod krawatem, inni bez, jedni rozmawiający z ekscytacją, drudzy oczekujący na coś w milczeniu... Postanowiłem poznać powód tego niezwykłego zbiegowiska i rozsiadłem się wygodnie na krześle w jednym z tylnych rzędów, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Dzisiaj mogę powiedzieć z całą pewnością: dobrze, że tam trafiłem.
Po chwili zabrał głos główny organizator całego zamieszania, Błażej. Przedstawił on gościa specjalnego - dra Pawła Skibińskiego. Okazało się, że spotkanie dotyczy człowieka uznawanego za świętego, (choć proces beatyfikacyjny jeszcze się nie zakończył), tutaj nazwanego „super-bohaterem” epoki PRL-u. Mowa oczywiście o księdzu Stefanie kardynale Wyszyńskim.
Dr Skibiński, doktor historii na Uniwersytecie Warszawskim, jest jednocześnie dyrektorem powstającego w Centrum Opatrzności Bożej Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego. Najpierw pokazał on uczestnikom krótki filmik pokazujący plan przyszłej ekspozycji muzeum. Później nastąpiła pasjonująca opowieść o życiu Wyszyńskiego. Było o jego ciężkiej młodości, trudnej służbie, nieustannej w walce. Ta historia wzruszała, skłaniała do refleksji, nieraz również stanowiła wyrzut sumienia. Jego życie pełne pracy, dobra, uśmiechu, samodyscypliny i odwagi w mojej głowie automatycznie zestawiałem z moimi słabościami, wymówkami, które teraz wydawały się wyjątkowo durne. Kardynał Wyszyński w młodości z głodu musiał jeść trociny, w czasie Powstania Warszawskiego obserwował śmierć najwartościowszych ludzi i asystował operacjach rannych w szpitalu polowym. Później powierzono mu wielką misję k przewodzenia Kościołowi w Polsce. Był cały czas prześladowany przez komunistów. Zawierzył nasz naród opiece Matce Bożej, przeprowadził Wielką Nowennę i Millenium Chrztu Polski, niejako „wychował” Karola Wojtyłę na papieża, odwiedził prawdopodobnie każdą parafię w Polsce (a na pewno każdy dekanat), pisał, głosił homilie... I to wszystko w ciągle niesprzyjających warunkach, przy słabym zdrowiu i zaszczuciu przez UB. On jednak trwał, jak bohater, jak święty, przy Chrystusie i Jego Miłości. A co ja robię z moim życiem, teraz gdy nikt mnie za czynione dobro nie prześladuje? Jak mogę w takiej sytuacji tracić czas, szukać usprawiedliwień dla moich słabości? Z życia Prymasa Wyszyńskiego płynie obraz wielkiego człowieka. Rodzi się refleksja, jak bardzo potrzeba takiego orędownika naszej ojczyźnie, a jak mało zrobiliśmy, aby godnie go upamiętnić...
O opowieści prelegenta, czas na pytania – najpierw publicznie, na koniec w kuluarach. Był też skromny poczęstunek, chwila na rozmowy prywatne. Obserwowałem to wszystko, przeżuwając w myślach to, co usłyszałem. Nawet później, gdy wracałem do domu, rozważałem to, czego stałem się świadkiem i uczestnikiem. Wiedziałem, że usłyszane świadectwo i słowa nie mogą pozostawić mnie obojętnym. Postanowiłem dalej śledzić inicjatywę zwaną klubem skautowym, dowiadując się z Internetu o następnych spotkaniach. Czekam na kolejne wydarzenie.
Krzysztof Żochowski